Wyprawa do Serbii, w której
uczestniczyliśmy od 26 czerwca do 1 lipca wraz z innymi grupami artystycznymi z
Dębnowskiego Ośrodka Kultury pod wodzą samej pani Dyrektor Joanny Rau,
okazała się zaskoczeniem. Gdy wcześniej wraz z Robertem Kujawą i Tomkiem
Wesołowskim rozmawiałem o tej wyprawie, spodziewaliśmy się raczej „dziury
zabitej dechami”. A tu spotkało nas zdziwienie. Nowy Sad okazał się być
pięknym, tętniącym życiem miastem, skąpanym w bezlitosnym bałkańskim słońcu.
Najbardziej zadziwiało nas to, że o każdej porze, każdego dnia miasto było
pełne ludzi siedzących w ogródkach kawiarnianych. Nasze zdumienie tym faktem
okazywaliśmy każdego ranka, gdy po męskim śniadaniu maszerowaliśmy przez miasto
na miejsce zbiórki przed kolejną wyprawą. Warunki hotelowe, jakie nam
zaproponowano, były wyśmienite (na pewno dla KOD-u), bowiem kwaterowaliśmy z
kierowcami w wynajętym przez organizatorów mieszkaniu.
O
Serbii dowiedzieliśmy się wiele, poznaliśmy trochę tamtejszą kulturę,
odwiedziliśmy zabytki Nowego Sadu i twierdzę Petrovaradin, Sremskie Karlovci
(tu degustowaliśmy miód, a dorośli wina w Muzeum Pszczelarstwa i Win),
zwiedziliśmy dwa monastyry: Kruszydel i Staro Hopovo – świadectwa religii
greckokatolickiej i związanej z nią historii Serbii. Jest to kraj, w którym
nikt się nie spieszy, wszyscy są spokojni i mili. Nie mieliśmy trudności z
porozumieniem, praktycznie z każdym można było porozmawiać po angielsku.
Poznaliśmy też po części „nocne życie” Nowego Sadu, robiliśmy zakupy za
niewielkie pieniądze, a przebojem gastronomicznym były „burki”, czyli coś w
rodzaju pizzy z mięsem lub serem w środku.
W
Miejskim Teatrze Lalki mieliśmy okazję zagrać nasze premierowe przedstawienie „Tak,
tak”, ukończone tuż przed wyjazdem do Serbii, ale samo wykonanie nie obyło
się bez technicznych komplikacji. Pracownicy teatru nie mogli zapewnić
podwieszenia aktorów na sztankietach, więc zagraliśmy markując huśtanie się na
linach, co i tak spotkało się z wielkim uznaniem przynajmniej pozostałych
uczestników wyprawy, natomiast nie mamy pojęcia, co z tego zrozumieli Serbowie
(nieliczni na widowni), bo jakoś nikt z nami o spektaklu nie rozmawiał.
Przezabawny koncert udało się nam, Polakom zagrać w studenckim klubie w Nowym
Sadzie, w którym nawet wentylatory nie dawały rady rozrzedzić gęstego od muzyki
powietrza. Big band ze swoją wokalistką grał czadowo, dziewczyny z Dragonek
tańczyły w każdym dostępnym miejscu, a na koniec my ze swoimi pieśniami
karpackimi i macedońskimi porwaliśmy na tyle publiczność, że bez żalu wrzucali
nam dinary do kapelusza, a szef klubu zaprosił na chłodnego schweepsa.
Ostatnią
noc spędziliśmy w schronisku parku narodowego Serbii, Fruszka Gora. Był to czas
ostatecznej integracji i pożegnania się z Serbią. Gospodarze schroniska
przygotowali dla nas ucztę – grillowane mięsa z surówką i białym chlebem.
Wieczór był deszczowy i naznaczony przygodą Michała Cholewińskiego i szefa big
bandu. Wszystko jasne - serbskie niebo płakało, bo rano musieliśmy odjechać.
Byliśmy
tam pięć dni, a czuliśmy jakbyśmy mieszkali tam od zawsze. Nie mieliśmy
najmniejszej ochoty wracać do domu. Każdy przywiózł ze sobą jakieś pamiątki, a
już na pewno wspomnienia. Nadal chcemy wrócić do Nowego Sadu i podejrzewam, że
każdy z nas prędzej czy później znów trafi do tego miasta, że żaden z nas nie
zapomni tej wspaniałej wyprawy, która otworzyła nas na kulturę tego kraju i
pozwoliła bliżej poznać członków big bandu, grupy tanecznej i fotografów. Nie
wiem jak inni uczestnicy, ale Teatr KOD z panem Anatolem na czele, jest zachwycony
wycieczką i jej atmosferą.
M. Charęza i Wan